9 kwietnia 2015

Bigamista cz. I


Dwudziestoczteroletnia kobieta weszła do mieszkania z porannymi zakupami. usłyszała szum wody dochodzący z łazienki i już wiedziała, że Ron bierze prysznic, aby za chwilę zjeść z nią śniadanie. Uśmiechnęła się na wspomnienie wczorajszej nocy.  Ukochany Rudzielec nadal ją zaskakiwał. Byli małżeństwem od czterech lat. Pobrali się ledwo co każde z nich skończyło dwadzieścia lat- wymagany w świecie czarodziei wiek do zawarcia małżeństwa. Ich małżeństwo- jak to w małżeństwie bywa- miało swoje wzloty i upadki, ale zdecydowanie należało do udanych. . To Ron pracował i ich utrzymywał, z czego był bardzo dumny- po ubogim dzieciństwie w końcu mógł sobie na wiele pozwolić. Hermiona widząc jaką sprawia mu to radość zrezygnowała z życia zawodowego i zajmowała się domem. Do pełni szczęścia brakowało im tylko dziecka. Niestety, Ron był bezpłodny. Oprócz dziecka Hermiona pragnęła jeszcze tylko jednej zmiany w ich życiu. Mianowicie chciałaby, aby jej mąż był częstszym gościem w ich domu, jednak jego praca nie pozwalała mu na to z powodu licznych wyjazdów służbowych. Z Hermioną spędzał średnio dwa dni w ciągu tygodnia, a zdażało się, że i tych dwóch dni nie było, ale kochali się i każdą wspólnie spędzoną chwilę starali się wykorzystać w maksymalnym stopniu.
Hermiona wzięła się za przygotowywanie śniadania. Po chwili z łazienki wyszedł Ron.
- Dzień dobry kochanie. - powiedział i pocałował ją w policzek. Pachniał swoim szamponem do włosów, którego zapach uwielbiała.- Pomóc ci w czymś?
- Witaj. Właściwie już kończę, ale jeśli chcesz to możesz zaparzyć herbatę. - odpowiedziała, kładąc plasterek wędliny na posmarowanej masłem bułce.
Usiedli do śniadania. Obydwoje cieszyli się, że mogą spędzić ze sobą trochę czasu, bo prawdopodobnie po posiłku Ron wyjedzie w kolejną delegację. Nie pomylili się. Pod koniec posiłku w okno zastukała sowa z listem do mężczyzny. Ten przeczytał go szybko i wytłumaczył Hermionie, że musi już wychodzić, pożegnał ją długim, namiętnym pocałunkiem i już go nie było.
Dziś była sobota. Kobiecie zazwyczaj każdy sobotni poranek mijał na posprzątaniu całego mieszkania. Posprzątała kuchnię i ruszyła w kierunku sypialni. Przy poprawianiu poduszek leżących na łóżku zobaczyła kawałek skórzanego materiału wystającego spod łóżka. Wiedziona kobiecą ciekawością ukucnęła i pociągnęła za skrawek, jednak coś go blokowało. Nachyliła się i zobaczyła, że końcówka paska, który trzymała w ręce kończył się... w podłodze. Zaintrygowana odsunęła łóżko jednym machnięciem różdżki. Pasek był przytrzaśnięty przez klapę od ukrytej skrytki. Zdziwiła się. Dlaczego Ron nic jej o niej nie powiedział? Podważyła klapę i jej oczom ukazała się wypchana skórzana torba. Nie było żadnych zabezpieczeń- widocznie Ron uznał, że Hemrmiona jej nie znajdzie. Otworzyła torbę, a na jej kolana wysypały się stosy dokumentów, a małe buteleczki z jakimś eliksirem potoczyły się z cichym pobrzękiwaniem po podłodze. Palce aż ją świerzbiły. Była bardzo ciekawa co to za papiery, jednak szanowała cudzą prywatność. W końcu mimo wyrzutów sumienia sięgnęła po pierwszą z brzegu kartkę- w końcu ma prawo wiedzieć co znajduje się w jej własnym domu.
To co przeczytała sprawiło, że jej poukładane i szczęśliwe życie zniknęło z powierzchni ziemi, jakby przez jej serce i umysł przeszło tsunami niszcząc wszystko co napotkało na swojej drodze, a uśmiech zniknął z jej twarzy niczym wymazany gumką.
To był akt małżeństwa. Akt małżeństwa Rona. Jednak to nie jej zdjęcie było obok zdjęcia jej ukochanego. Znajdowało się tam zdjęcie pięknej czarnowłosej kobiety o zielonych oczach. Według tego dokumentu nazywała się Anastasia Grend-Mind. Nazwisko Mind tkwiło także przy imieniu Rona. Hermiona nie chciała dopuścić do swojej świadomości tego, co właśnie odkryła. Jej ramionami wstrząsnął niekontrolowany szloch. Osunęła się na podłogę i pogrążyła w rozpaczy. Łzy nie chciały przestać płynąć. Wciąż znajdywała nowe do wypłakania. Przecież to nie możliwe. Każdy, ale nie jej ukochany Ron. On by jej tego nie zrobił. Nie wiedziała jak długo płakała. W pewnym momencie wstała i zaczęła przeglądać resztę dokumentów. Po chwili przekonała się, że jednak mężczyzna mógł jej to zrobić. Znalazła jeszcze trzy inne akty małżenśtwa w tym swój własny. Na każdym Ron miał inne nazwisko. Oprócz tego znalazła także dokumenty potwierdzające tożsamość- były trzy komplety jednego brakowało- tego który miał przy sobie. Jeśli temu wierzyć to teraz spędzał urocze chwile ze swoją żoną imieniem Rebecka. Największy szok przeżyła jednak, gdy znalazła akty urodzenia dzieci.  W sumie było ich cztery , a na każdym z nich Ron figurował jako ojciec dziecka. Hermiona miała mętlik w głowie. Jak to możliwe, żeby Ronald miał czwórkę dzieci i to jeszcze z dwoma różnymi kobietami, skoro jest bezpłodny. Nic nie składało się w sensowną całość. Czuła się jakby wsiadła do kolejki górskiej, która wykoleiła się i zleciała w przepaść. Hermiona wypadła z niej i spadała w dół niekończącej się czarnej dziury, a kolejka zaraz za nią. W realnym świecie też wszystko ją przytłaczało i parło na nią z góry niczym kolejka. Wtem przypomniała sobie o malutkich buteleczkach które wypadły z torby. Wzięła jedną z nich do ręki..
Odkorkowała i ostrożnie powąchała zawartość. To był... eliksir antykoncepcyjny.
Fiolka, którą trzymała wypadła jej z rąk i rozbiła się o podłogę, ale Hermiona nie zwróciła na to uwagi, bo właśnie wybiegała z płaczem z domu. W głowie miała totalny chaos, a ból w sercu był nie do wytrzymania. Nie wiedziała co ma ze sobą zrobić. Okazało się, że całe jej życie było jednym wielkim kłamstwem. Czuła, że nie ma sił do życia, a jednocześnie jej smutek i wściekłość dawały jej kopa do działania. Teraz to od niej zależało, któremu z tych uczuć się podda. Nadal biegła. Nie miała konkretnego celu, biegła przed siebie. Zatrzymała się dopiero w parku. Gdy rozejrzała się rozpoznała to miejsce. Była na polance, niedaleko mostu. Na tym moście Ron jej się oświadczył. Most...  Nie, nie może tego zrobić, ale z drugiej strony teraz jej życie straciło cały sens.
Bezwiednie ruszyła w stronę mostu. Spojrzała w dół. Zobaczyła wartko płynącą czystą rzekę. Po jej policzkach znów zaczęły płynąć łzy. Gdy skoczy, to już nic nie będzie tak cholernie boleć, jednak nadal miała lekkie wątpliwości. Chociaż z drugiej strony nie ma już po co żyć. Właśnie miała oderwać dłonie od barierki, gdy usłyszała za sobą męski głos.
-Hermiona? To ty? - na twarzy Blaisea Zabiniego malował się wyraźny szok, gdy poznał przyjaciółkę swojej żony.- Co ty wyprawiasz? Zwariowałaś? Złaź stamtąd natychmiast.- powiedział ostro. Nie rozumiał co się dzieje. Jak w ogóle mogło jej przyjść do głowy, żeby ze sobą skończyć?
- Przykro mi Blaise, ale nie mogę.- powiedziała i zrobiła krok w pustkę, wiedząc, że jeśli będzie z nim rozmawiać to posłucha go i nie skoczy. Poczuła jak wiatr unosi poły jej sweterka w górę i rozpościera je nad nią, niczym skrzydła. Jej lot trwał jednak tylko ułamek sekundy, ponieważ Zabini błyskawicznie wyciągnął różdżkę, nie zwracając uwagi na to, że jakiś mugol może go zobaczyć i jednym ruchem sprawił, że znalazła się w zasięgu jego ręki. Chwycił ją mocno za przedramię i teleportował przed bramę swojego domu. Tu Hermiona odzyskała głos i zaczęła wrzeszczeć na mężczyznę.
- Po co to zrobiłeś? Czy Ślizgoni zawsze muszą się wszędzie wtrącać? Nie mogłeś zostawić mnie w spokoju? I w ogóle dlaczego mnie tu zabrałeś? - rzuciła się na niego z pięściami. Wszystkie emocje wybuchły wewnątrz niej tworząc wściekłą mieszankę. Uderzała pięściami, gdzie popadnie. W końcu Blaise złapał ja nadgarski.
- Uspokój się do cholery! Nie wiem, co się stało, że chciałaś to zrobić, ale myślisz, że, gdybym cię nie powstrzymał to mógłbym później spojrzeć Ginny w oczy?  Hermiono nie musisz mi się tłumaczyć, dlaczego chciałaś się zabić, pewnie porozmawiasz o tym z Ginny, ale proszę nie rób w środku jakiś scen, bo ona nie powinna się teraz denerwować, a  tak się pewnie stanie jak dowie się, co chciałaś zrobić, więc nie dokładaj jej jeszcze więcej nerwów ok?
- O czym ty gadasz Blaise? Ginny jest chora?- wydukała brunetka,
- Będę ojcem. - oświadczył dumnie.
- Och, naprawdę gratuluję. - uśmiechnęła się do niego.
- Dzięki, a teraz chodź.
Ścieżką ruszyli wprost do drzwi wejściowych.  Pani Zabini siedziała w salonie, przeglądając jakieś zdjęcia. Widząc swoją przyjaciółkę wstała i szczerze ją uściskała.
- Hermiona. Co za niespodzianka. Jak miło cię widzieć.- uśmiechała się szeroko.
- Ciebie też. Słyszałam, że zostaniesz mamą. Blaise zdążył mi się pochwalić.- również się uśmiechnęła.
- Dziękuję. Wiem o tym od wczoraj a już chyba pół ministerstwa o tym gada. - spojrzała wymownie na swojego męża.
- No co? Muszę się pochwalić jaką mam cudowną żonę. Kochanie muszę wracać do pracy, będę za dwie godziny. Pa.- pochylił sie i pocałował ją w policzek.-  Do zobaczenia Hermiona.
- Pa- odpowiedziały mu chórem.
- Tuptuś. - zawołała Ruda.
- Tak pani?
- Przyniesz nam ciastka, kawę dla Hermiony i herbatę dla mnie.
- Dobrze.
 - Opowiadaj co u ciebie. Musisz mi o wszystkim opowiedzieć.- spojrzała na twarz przyjaciółki.- Czy coś się stało?- zapytała z zatroskaniem, widząc ślady łez na jej policzkach.
- Tak, Ginny, Merlinie jak ja mam ci to powiedzieć Ron... on... on... on mnie zdradza. - wydusiła i wybuchła głośnym płaczem.
Pani Zabini spojrzała na nią z niedowierzaniem. Jej brat? Przecież wyglądali na szczęśliwych. Mocno przytuliła Hermionę.
- Jesteś pewna? Masz na to jakieś dowody?
- Tak znalazłam u nas w domu akty ślubów.
- Akty ? spojrzała na nią nic nierozumiejącym wzrokiem.
- Dokładnie. Ron oprócz mnie ma jeszcze trzy inne żony oraz czwórkę dzieci.
- Przecież on nie może mieć dzieci.
- Też tak myślałam, ale znalazłam też spore zapasy eliksiru antykoncepcyjnego. Dlaczego on mi to zrobił Ginn? - teraz rozpłakała się na dobre.
- Czy ktoś jeszcze o tym wie? - zapytała zszokowana.
- Nie tylko tobie to powiedziałam.
- Co chcesz teraz zrobić?
- Nie zostanę z nim to pewne, ale to nie jest najgorsze. Ja... ja chciałam popełnić samobójstwo. Gdyby nie Blaise, nie rozmawiałabym teraz z tobą.
- Co takiego? Obiecaj, że nigdy więcej nie będziesz próbowała odebrać sobie życia! Nie przez kogoś takiego Hermiona!- zrugała ją ostro. To było na brunetkę jak kubeł zimnej wody. Gdy o tym myślała nie wiedziała jak w ogóle mogło jej przyjść to do głowy.
- Obiecuję i przepraszam. - powiedziała skruszona.
- Nie przepraszaj, bo nie masz za co. Potrzebujemy dobrego prawnika. Hermiono, -coś ja tknęło.- skoro Ron ma jeszcze trzy żony a tobie poświęcał dwa dni w tygodniu, to na tamte też tyle miał, więc skąd miał pieniądze, żeby was wszystkich utrzymać?
- Masz rację. Skąd je miał? Masz jakiś pomysł?
- Na razie nie.- zamyśliła się. - Ale czekaj, a ta wasza nagroda? Tą którą dostał też Harry za pokonanie Voldemorta.
- Leży w banku Gringotta. Przynajmniej powinna. Chodźmy to sprawdzić. - powiedziała, nagle zaniepokojona. 
Kwadrans później stały przez wielkim gmachem banku.  Weszły do głównej sali, gdzie przy wysokich biurkach siedziały gobliny zawzięcie skrobiąc coś w wielkich księgach. Podeszły do najbliższego z nich.
-Dzień dobry.  W czym mogę pomóc? - zaskrzeczał stwór.
- Dzień dobry, chciałabym się dowiedzieć jaki jest stan złota w mojej skrytce.
- Dobrze poproszę klucz i numer skrytki.
- 521, a tu ma pan klucz.- przesunęła dłoń w jego stronę. 
Stwór chwilę obracał kluczyk w dłoniach, najwyraźniej sprawdzając, czy jest prawdziwy. W końcu uznał, że tak, ponieważ zaczął zadawać kolejne pytania.
- Jak się pani nazywa?- zapytał otwierając wielką księgę z rejestrem klientów.
- Hermiona Jane Weasley- odpowiedziała z trudem wypluwając z siebie nazwisko.
- Na pani koncie znajduje się dwieście dwadzieścia dwa galeony trzynaście sykli i dwa knuty. 
-Słucham? Ile?- zapytała zszokowana. Na jej koncie powinno być ponad pięćset tysięcy. Pięścet było nagrodą, a reszta to spadek po babci i pieniądze z lokaty.
- Coś nie tak ?
- Nie, nie, ale chciałabym zablokować mojemu mężowi dostęp do niej. Czy mógłby mi pan jeszcze powiedzieć ile pieniędzy ma w skrytce mój mąż? Ronald Bilius Weasley. - spytała korzystając z przysługującego jej prawa.
- Konto pani męża jest puste.- powiedział. 
- Dziękuję. Do widzenia. - skierowała się w stronę wyjścia, a zaraz za nią ruszyła Ginny.
- Hermiona, hej Hermiona zaczekaj. - wołała za nią Ruda.- No czekaj. Pamiętaj, że muszę się oszczędzać.- powiedziała i to zatrzymało panią Weasley w miejscu.
- Ginny na tym koncie było ponad pięćset tysięcy galeonów. Ron stracił prawie dwieście. Dodaj sobie do tego jeszcze pięćset tysięcy z jego skrytki. Już wiem dlaczego nigdy nie żałował mi drogich prezentów, w końcu kupował je za moje pieniądze.
- Hermiona przykro mi. Co teraz zamierzasz zrobić? - kobieta nie bardzo wiedziała jak ma pocieszyć przyjaciółkę. Była strasznie wściekła na swojego brata i miała zamiar ostro go zrugać przy najbliższej okazji.
-  Muszę założyć sprawę w sądzie i znaleźć sposób na skontaktowanie się z innymi żonami Rona. Do tego przyda mi się dobry prawnik. No i muszę znaleźć jeszcze jakąś pracę. Ale z tym wszystkim musimy poczekać chyba do jutra. Zbliża się szósta, więc wszystko jest już powoli zamykane. Poszukam teraz jakiegoś hotelu, nie chcę spać w naszym wspólnym mieszkaniu, a ty możesz wracać już do domu powinnaś odpocząć.
-Nie ma mowy o żadnym hotelu. Możesz na razie zamieszkać u mnie. To żaden problem.- dodała szybko widząc otwierające się usta brunetki. - Chodźmy. - złapały się za ręce i już po chwili poczuły szarpnięcie i okolicy pępka, a przed ich oczami zmaterializował się dom państwa Zabinich. Weszły do domu, gdzie Hermiona kazała władczym tonem usiąść Ginny na kanapie i mimo jej protestów ruszyła w stronę kuchni
- Ginny, poradzę sobie. Umiem zrobić kanapki. Ty odpoczywaj. Jak czegoś nie będę mogła znaleźć to zapytam.- uśmiechnęła się lekko pod nosem.
- Mam wyrzuty sumienia, że cię wykorzustuję.
- To raczej ja powinnam je mieć. W końcu u ciebie mieszkam. Na co masz ochotę?
- Wystarczą mi kanapki z pomidorem, sałatą, rzodkiewką, ogórkiem i szczypiorkiem.
- Tak jest. - zaśmiała się Hermiona słysząc to typowo ciążowe zamówienie.- Ginny, który to miesiąc?
- Trzeci. Termin mam na dwudziestego ósmego czerwca.
- O, ciocia Hermiona będzie zabierać to maleństwo na letnie spacerki. - uśmiechnęła się szeroko. Uwielbiała dzieci i pragnęła mieć swoje własne, jednak na razie nie zanosiło się na to, aby została mamą.
- Jeżeli Blaise ci pozwoli to nie ma sprawy. Dosłownie zwariował na punkcie tego dziecka.
- W sumie to mu się nie dziwię, ja sama też po prostu kocham dzieci. Ginny, gdzie masz kubki?
- W górnej szafce na lewo od okna. - usłyszały głos Zabiniego.
- Dzięki Blaise.- zaśmiała się. Ich dom miał w sobie coś takiego, że można było w nim tylko się śmiać. Być może była to kwestia domowników, bądź jasnego wystroju mieszkania.
- Nie ma za co. Pomóc ci?
- Właściwie to już kończę, chcesz herbatę?
- Zrobię sobie sam. Nie lubię wykorzystywać ludzi.- powiedział, a Ginny siedząca w salonie zaczęła się głośno śmiać.
- No następny. Czy wy musicie być z Ginny tacy uparci?
- Sama nie jesteś lepsza.
- A mi zrobisz coś do picia Granger? - usłyszała męski głos i podniosła głowę. Zobaczyła Malfoy'a, wchodzącego z korytarza. No tak to przyjaciel Blaise'a. Spotkała go już tu parę razy odwiedzając przyjaciółkę. Po wojnie pogodzili się i obecnie byli dobrymi znajomymi. Pewną zasługę mieli w tym państwo Zabini, którzy stanowczo zakazali im kłótni w ich obecności, a że spotykali się tylko u nich to kłótnie prawie, że ustały.
- Okey. Co chcesz? - spytała.
- Kawę.
- Jasne. Masz i zanieś to Ginny.- wręczyła mu tacę z kanapkami, a Blaise zabrał od niej część kubków i po chwili wszyscy znaleźli się w salonie. W pewnym momencie Ruda wydała okrzyk i spojrzała na swoją przyjaciółkę.
-Miona! Draco zostanie twoim adwokatem. Lepszego prawnika nie znajdziesz w całym Londynie!
Hermiona spojrzała niepewnie na blondyna, niby zakopali topór wojenny, ale czy zgodzi się reprezentować szlamę?
- A po co ci adwokat?- zapytał ciekawie.
- Rozwodzę się. - powiedziała i spojrzała na niego. Oczy Ślizgona zrobiły się okrągłe jak galeony. Rozwodzi się? Podobno byli z Łasicą szczęśliwi.
- Aha.- odpowiedział elokwentnie. - Jasne nie ma sprawy. Przyjdź jutro do mojego biura i wszystko omówimy. Teraz będę już się zbierać.
- Odprowadzę cię. - Blaise ruszył z przyjacielem w stronę drzwi.
-Dzięki Ginn.- powiedziała Hermiona.- Nikogo lepszego faktycznie nigdzie bym nie znalazła.
- Nie ma sprawy.
- Wiesz ja też się już położę. Dobranoc.
- Po wzięciu prysznica kobieta zanurzyła się w błękitnej pościeli jej tymczasowego pokoju. Nie minął kwadrans, a już spała.

♥~♥~♥~♥~♥

Stała przed kancelarią Malfoy'a. Delikatny wiatr unosił luźne kosmyki jej włosów. Przyszła tu w jednym konkretnym celu, aby zmieszać Weasley'a z błotem dokładnie tak samo jak on zrobił to z nią. Wiedziała, że z Draco na pewno wygra tą sprawę. Był szanowanym adwokatem i cieszył się dobrą opinią także wśród mugoli.
Wzięła głęboki oddech i weszła do pomieszczenia. Znalazła się w dużym przestronnym holu. Ściany miały delikatny zielonkawy odcień, a podłoga była ułożona z ciemnych, brązowych desek. Było tu bardzo jasno z  powodu wysokich okien znajdujących na dwóch równoległych ścianach. Podeszła do biurka sekretarki, stojącego blisko wejścia, a jej obcasy rytmicznie zastukały o podłogę.
- Dzień dobry.- przywitała się.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc?
- Chciałabym się spotkać z panem Malfoy'em.
- Czy była pani umówiona?
- Rozmawiałam z nim wczoraj wieczorem i powiedział mi, żebym dziś przyszła do jego biura.
- Dobrze. Proszę chwilę poczekać.- sięgnęła po telefon.
- Panie Malfoy przyszła pani i twierdzi, że była z panem umówiona.- posłuchała chwilę jego odpowiedzi.
- Jak się pani nazywa?- skierowała pytanie do kobiety.
- Hermiona Weasley.
- Hermiona Weasley. - powtórzyła do telefonu.- Dobrze.- zakończyła rozmowę.
- Musi pani iść prosto, następnie skręcić w prawo. Drzwi na końcu korytarza są drzwiami od gabinetu pana Malfoy'a.
Kobieta ruszyła drogą wskazaną przez sekretarkę. Po chwili stała przed drzwiami. Zapukała.
- Proszę. - usłyszała z gabinetu.
- Cześć.- powiedziała.
- Witaj Hermiono. Siadaj, proszę. - wskazał jej fotel stojący naprzeciwko jego. - No to słucham. Dlaczego chcesz się rozwieść?
- Ron mnie zdradza. I to nie z jedną kobietą. Ma z nimi dzieci.
- Masz na to jakieś twarde dowody?
- Tak. Ron jest mężem każdej z tych kobiet.
- Co takiego? - zapytał zszokowany. Nigdy nie lubił Weasley'a, ale nie wiedział, że taka z niego świnia.
- Wczoraj znalazłam akty małżeńskie i akty urodzeń jego dzieci. Ma cztery żony włącznie ze mną i czwórkę dzieci. Sądzę, że każdej z nas poświęcał część tygodnia, czyli jakieś dwa dni.
- Można by spróbować skontaktować się z tymi kobietami i nakłonić je do zeznań, ale z czego utrzymywał w takim razie cztery rodziny?
- Sprawdziłam to jego skrytka jest pusta. Opróżnił też trochę mojej. Każde z nas dostało pięścet tysięcy galeonów za pomoc w zabiciu Voldemorta.
- To wszystko wyjaśnia. Masz przy sobie te akty?
- Zostały w naszym wspólnym mieszkaniu.
- Podpisz mi te papiery, a potem udamy się tam razem, żebyś nie musiała już tu wracać. To pozew o rozwód i pełnomocnictwo. - wyjaśnił.
Hermiona podpisała dokumenty i po chwili stali pod drzwiami jej domu.
- Rozgość się. - powiedziała zostawiając go w salonie, a sama ruszyła w stronę sypialni. Wszystkie rzeczy leżały porozrzucane tak jak je zostawiła. Postanowiła spakować swoje rzeczy, bo nie zamierzała tu nigdy więcej wracać. Zamykała pewien rozdział w swoim życiu, a to mieszkanie, tylko nie pozwalałoby  jej zapomnieć...
Kilkoma ruchami różdżki sprawiła, że wszystkie potrzebne jej rzeczy zniknęły we wnętrzu niewielkiej walizki. Sięgnęła jeszcze tylko na podłogę po dokumenty i ruszyła w stronę salonu. Okazało się jednak, że blondyn ruszył za nią i stał w kuchni opierając się biodrem o blat.
- Proszę, tu masz te dokumenty. Mam nadzieję, że to wystarczy, żeby Ron poniósł konsekwencje swoich czynów. Jeśli będziesz... Co? Mam coś na twarzy? - zgubiła wątek, ponieważ Malfoy nie spuszczał z niej wzroku. -Bo tak dziwnie na...- nie dokończyła, ponieważ blondyn odważnie wpił się w jej usta. Hermiona stała przez chwilę zszokowana, a potem stanowczo go od siebie odepchnęła. Jego pocałunek był.. całkiem miły, ale są jednak jakieś granice. W końcu wczoraj jej życie osobiste legło w gruzach
- Draco, co to miało znaczyć? Nie zrozum mnie źle, ale ja wczoraj podjęłam decyzję, że chcę się rozwieść. Mam totalny mętlik w głowie i to nie jest najlepszy czas na zaczynanie nowych związków. Ja nigdy nie sądziłam, że ty... Może w tej sytuacji lepiej będzie jeśli poszukam jakiegoś innego prawnika i to pomoże...
- Nie ma mowy Hermiono.- przerwał stanowczo jej słowotok.- Jeśli sądzisz, że nie potrafię oddzielić życia służbowego od prywatnego to się grubo mylisz.
- Ale...
- Żadnego ale. Po prostu o tym zapomnijmy okey? Pokaż te papiery. Wyślę mu pozew o rozwód, a później będziemy czekać na rozprawę. Pomóc ci z tą walizką?
- Nie dzięki, poradzę sobie.
- W takim razie do zobaczenia.- powiedział i już go nie było, a Hermiona została sama w pustej kuchni z strasznym mętlikiem w głowie.
*******
Witajcie!
Przed Wami pierwsza część miniaturki.
Wiem, że najpierw chciałyście rozdział, ale wena chciała inaczej ;)
Pozdrawiam Ever. :*

Czytasz= Komentujesz :)

25 marca 2015

Rocznica

Witajcie! :D 
Chce Wam powiedzieć, że wczoraj minął rok odkąd założyłam bloga.
Tak dokładnie 24 marca 2014 pojawiła się tu pewna wredna osóbka, która chciała napisać swoje Dramione XD
Chciałam podziękować każdemu, kto chociaż raz odwiedził bloga oraz za komentarz. One naprawdę motywują do dalszej pracy ;). Wiem też, że na pewno dokończę tego bloga nawet, gdyby tylko jedna osoba go czytała.
To tyle. Do Zobaczenia.
Ever :*
PS. Co chcecie miniaturkę, czy rozdział? :D 

11 lutego 2015

Rozdział XIV

Podniosła gwałtownie głowę, wylewając atrament na swoją pracę domową, pewna, że ma omamy słuchowe. Przecież to niemożliwe. Go tu nie może być, jest w szpitalu, gdzie odpoczywa po przeszczepie. Powoli podniosła wzrok, bojąc się, że rozczarowanie, gdy nikogo nie ujrzy okaże się zbyt bolesne. W końcu spojrzała w kierunku źródła głosu i zdębiała. Widać nie tylko słuch spłatał jej figla. Widzi go opartego o futrynę, uśmiecha się do niej łobuzersko i czeka na odpowiedź. A może to nie omamy? Jest tu naprawdę? Nie, to przecież nie możliwe, to tylko tęsknota za nim sprawiła, że widzi go teraz tak wyraźnie. A może jednak...
Odważyła się odezwać.
-D...Dr... Draco? Co ty tu robisz?
- Też się cieszę, że cię widzę.- powiedział z łobuzerskim uśmiechem.- I raczej to ja powinienem zapytać, co tu robisz. To mój pokój.
- Och. Po prostu ja też jestem teraz prefektem i Snape powiedział, że na razie musimy podzielić się tym pokojem.
- Mi to tam pasuje.- znów posłał jej swój uśmieszek, podchodząc do niej.- A Tobie? - zapytał będąc tuż przy niej, po czym wbił się zachłannie w jej usta.
Hermiona z wielką pasją oddała pocałunek. W końcu przez ponad miesiąc mieli przerwę od siebie. Oboje polecieli na miękkie łóżko znajdujące się za nimi, gdzie przez pewien czas nie odrywali się od siebie, chyba, że dla nabrania tchu. W końcu położyli się obok siebie i mocno przytulili.
Hermiona wolno podniosła głowę. Nie mogła rozeznać się w sytuacji. Było jej ciepło wskutek oplatających ją ramion, ale do kogo one należały? Wciąż zdezorientowana odwróciła się na drugi bok i ujrzała blondyna z opadającą mu na twarz grzywką. Uśmiechnęła się szeroko, przypominając sobie o jego powrocie. Musieli zasnąć. Ciekawe, która może być godzina. Spojrzała na okno. Na dworze było ciemno, ale to nie pomogło w ustaleniu pory dnia, bądź nocy- w końcu był luty i szybko robiło się ciemno.
- Hermiona nie wierć się tak. - mruknął Draco.
-Przepraszam.- szepnęła i wysunęła się powoli z jego objęć.
- Gdzie idziesz?
- Do łazienki i sprawdzić, która jest godzina.
Okazało się, że jest druga w nocy. Hermiona wzięła szybki prysznic przebrała się w piżamę i wróciła do Draco, który w tym czasie także zdążył się przebrać.
Gdy leżeli już w łóżku Hermiona po jakimś czasie spojrzała na ukochaną, uśpioną twarz i całując go w czoło wyszeptała:
-Kocham Cię Draco.
Przytuliła się do niego i zamknęła oczy. Po chwili już spała.
*******
Draco leżał wpatrzony w sufit, a w jego głowie myśli wręcz szalały. Cały czas myślał o tych trzech słowach, które wypowiedziała Hermiona, myśląc, że on śpi. Ale wcale nie spał. Wszystko doskonale słyszał. A więc udało mu się dopiąć swego. Nawet Hermiona Riddle mu uległa. Teraz pozostała mu tylko druga część planu, co teraz było zaledwie kwestią czasu, ale czy chciał to robić?  Najchętniej przerwał by w tej chwilą całą tą farsę. Przecież tak dużo zawdzięcza tej dziewczynie. Chcąc nie chcąc musiał przyznać, że to właśnie jej- osobie którą zamierza zranić zawdzięcza życie. Gdyby nie ten głupi zakład wszystko było by proste. Ale tak to chodziło o jego honor. Spojrzał na zegarek. Czwarta. Musi chociaż spróbować zasnąć w przeciwnym razie zaśnie na lekcjach. Był pewny, że nie zaśnie, jednak po kilku minutach już spał.
*******
Hermiona obudziła się kilka minut temu, jednak jeszcze nie wstała- rozkoszowała się ciepłem i bliskością Draco. Chłopak jeszcze spał. Była szczęśliwa. Chłopak wyzdrowiał i teraz już wszystko powinno być dobrze. Spojrzała na blondyna. Nadal spał a jego rzęsy rzucały cienie na policzki. Draco jakby wyczuł, że go obserwuje, bo poruszył się i leniwie uchylił powieki. 
-Dzień dobry.- mruknął. - Jak się spało? 
- Bardzo dobrze, ale to raczej ja powinnam ci się o to zapytać. W końcu to ty byłeś chory.- uśmiechnęła się do niego. 
-Hermiono wszystko jest już w porządku. Naprawdę nic mi nie jest.  Nie martw się już o mnie.
- Ale...
-Żadnego ale. - mruknął tuż przy jej ustach, po czym mocno ją pocałował.
Gdy w końcu się od siebie oderwali dziewczyna z wielką niechęcią zsunęła się z łóżka i poszła się ubrać.
Po kilkudziesięciu minutach obydwoje byli gotowi i trzymając się za ręce ruszyli na śniadanie.
Po podejściu do ich stołu wszyscy ich przyjaciele zaczęli witać Draco - nie wiedzieli, że wrócił.
- Kiedy przyjechałeś do szkoły? - zapytała Laura.
-Wczoraj.
- Wczoraj ?! I nawet nie przyszedłeś powiedzieć, że już jesteś? - zapytała oburzona.
- Laura daj spokój. Przecież wiesz, że najpierw Hermiona musiała sprawdzić czy jest cały i zdrowy, więc zabawili się wieczorem w doktora. - powiedział Blaise ze złośliwym uśmiechem, na co wszyscy wybuchnęli śmiechem. 
- Spieprzaj Zabini.- syknęła Hermiona, ale chłopak nie mógł jej odpowiedzieć, gdyż właśnie uchylał się przed lecącym w jego stronę widelcem.
Szybko zjedli  posiłek, co jakiś czas wybuchając śmiechem.
Po śniadaniu ruszyli w stronę lochów. Tu dołączyli do nich Harry i Ginny.
- Hej Potter! Chodź na chwilę musimy pogadać.- krzyknął Blaise w stronę Wybrańca, a ten ruszył w jego stronę. Przez chwilę gadali o czymś. Pozostali przyglądali im się z zaciekawieniem, a z ich ruchów domyślili się, że Diabeł namawia na coś Harry'ego, który wyraźnie się waha. Jednak po chwili podali sobie dłonie i wrócili do reszty. Pansy już otwierała usta, żeby zapytać o co chodzi, ale Snape otworzył drzwi gestem zapraszając wszystkich do środka.
W sali Harry nie podszedł do ławki, którą dzielił z Ginny od czasu kłótni z Weasley'em - usiadł na miejscu Zabiniego, obok Laury. Dziewczyna nie była wcale zdziwiona widokiem Wybrańca, uśmiechnęła się lekko i zaczęła wyciągać książki. Blaise usiadł za to obok zszokowanej Ginny. Ruda w żaden sposób tego nie skomentowała.
Snape rozpoczął lekcje.
- Dzisiejsza i kolejna lekcja będą miały charakter powtórkowy. Osoby siedzące razem w ławkach tworzą parę i razem pracują. Nie obchodzą mnie wasze widzi mi się typu: "ale ja go nie lubię". Skoro jesteście dorośli to to udowodnijcie.- potoczył po uczniach chłodnym wzrokiem. - Dziś zbieracie informacje na temat przydzielonego eliksiru, a z nich na następną lekcję tworzycie wspólny esej na cztery stopy. Wtedy też uwarzycie ten eliksir. Za eliksir, esej i dzisiejszą pracę będzie wspólna ocena, więc radzę przyłożyć się od samego początku. Finnigan, Thomas- Eliksir Wielosokowy. Weasley, Zabini- Veritaserum. Bulstrode, Greengrass- Eliksir Euforii. Nott, Riddle- Amortencja. Potter, Malfoy - Wywar Żywej Śmierci. Riddle, Snape- Wywar Tojadowy. Riddle, Malfoy- Felix Felicis. Crabbe, Goyle- Eliksir Życia.  Weasley, Longbotton - Eliksir Zapomnienia. Do roboty!
Wszyscy rzucili się po pióra i pergaminy. Uczniowie wertowali tomy szukając ciekawostek o poszczególnych miksturach, wiadomo- u Snape'a nie ma żartów. Mniej więcej w połowie lekcji wszyscy uczniowie mogli usłyszeć krzyk wściekłej Ginny.
-Zabini przysięgam, jeżeli jeszcze raz mnie dotkniesz rzucę w ciebie klątwą!
- Ależ ja nic nie zrobiłem. - Diabeł zrobił niewinną minę.
- Tak ?! Sama co chwilę łapię się za kolano?!
- Najwidoczniej masz omamy Ginny. - uśmiechnął się uroczo.- Może zaprowadzę cię do pani Pomfrey, żeby...
Nie dokończył, gdyż wściekła dziewczyna z oburzenia uderzyła go pięścią w twarz.
- Dość! Co to ma znaczyć ?! Weasley, Zabini szlaban! Macie być dziś o dwudziestej pod moim gabinetem.
- Ale panie profesorze za co ? Przecież ja nic nie zrobiłem, to ona mnie uderzyła.- próbował tłumaczyć się chłopak.
- Bez powodu cię nie uderzyła- wykrzyczała dlaczego. Tak więc masz już powód. A jeśli sądzisz, że panna Weasley kłamie to możemy użyć na tobie eliksiru prawdy, który uwarzycie, aby dowiedzieć się co robiłeś na dzisiejszej lekcji.- dokończył ze złośliwym uśmiechem profesor, a chłopak momentalnie odpuścił. - No, co się patrzycie?- warknął na resztę klasy. -Do roboty. Zostało wam jeszcze 10 minut.
Wszyscy wrócili do nauki, jednak w kierunku Rudej i Diabła co jakiś czas ktoś rzucał zaciekawione spojrzenie. W końcu zabrzmiał dzwonek, a uczniowie rzucili się do wyjścia. Następną mieli transmutację. Tu również Diabeł usiadł razem z Ginny. Na kolejnej lekcji stało się jasne, że zamienili się z Potterem co najmniej na jeden dzień. Po trzeciej dziewczyna wyszła z klasy wściekła niczym stado hipogryfów i zrobiła Wybrańcowi taką awanturę na środku dziedzińca, o to jak mógł jej to zrobić, że biedny stał się o kilka centymetrów niższy.
Teraz wchodzili do Wielkiej Sali na lunch. Po nim została już tylko Opieka nad Magicznymi Stworzeniami. Wszyscy patrzyli z niedowierzaniem jak Blaise Zabini drepcze za Ginny Weasley do stołu Gryfonów. Usiadł obok niej i szepnął jej coś do ucha, a ta spojrzała na niego z taką furią w oczach, której nie powstydził by się sam Voldemort.
" A więc Diabeł postanowił doprowadzić dziś Ginny do białej gorączki" - pomyślała Hermiona, patrząc na kłócącą się dwójkę. Sama siedziała przy stole Ślizgonów z Draco, który patrząc na swojego przyjaciela po prostu zwijał się ze śmiechu.
Ich posiłek przerwał dyrektor.
-Proszę wszystkich o uwagę. Lekcje Opieki nad Magicznymi Stworzeniami zostają odwołane do końca tygodnia z powodu pewnych problemów Hagrida. Zajęcia będą znowu się odbywały, gdy znajdziemy zastępstwo. Dziękuję, może wrócić do jedzenia.
Hermiona uśmiechnęła się. Przepadną im jeszcze dwie lekcje z tego przedmiotu. Nie przepadała za nim od czasu walki z pająkami podczas szlabanu z Hagridem. Po lunchu pójdzie z Draconem do biblioteki po książki i mogą zabrać się za esej dla Snape'a. Jej rozmyślania przerwało przyjście Pansy.
- Merlinie, zabiję kiedyś tego Weasley'a. Przyczepił się jak rzep do ogona. Co chwilę czegoś chce i gada nie wiadomo o czym. Mam go już dość!
- Hej Pan spokojnie. Może odpuści za jakieś dwa trzy dni. - próbował ją uspokoić Teodor.
- Wątpię Teo. Łazi za mną już ponad tydzień.- jęknęła. - Zawsze, gdy idę gdzieś sama od razu się zjawia.
- Wobec tego od teraz nie opuszczę cię na krok.- pocałował ją w policzek, a wszyscy zaśmiali się serdecznie.
Po posiłku Hermiona poszła z Malfoy'em do biblioteki. Pani Pince obrzuciła ich spojrzeniem mówiącym: Spróbujcie narobić hałasu, a wylecicie stąd nim zdążycie cokolwiek powiedzieć."  Po cichu ruszyli w stronę działu z książkami o eliksirach. Blondyn wyciągnął ręce, a dziewczyna wyciągała z półki książki, które mogły im się przydać na jego rękach. Po półgodzinie obładowani książkami wyszli z biblioteki kierując się do dormitorium Prefekta.
- To co robimy? - zapytał Draco.
- No.. piszemy esej. Miejmy to już z głowy.- odparła Hermiona.
- Liczyłem na jakąś nagrodę pocieszenia. W końcu musiałem taszczyć te książki.
- Wolałbyś, żebym sama je dźwigała? - zapytała przebiegle.
- Nie, ale nagroda chyba mi się należy? - zapytał z miną zbitego psa.
- Och nie marudź już. - przyciągnęła go do siebie i pocałowała.- A teraz Draco bierzmy się do pracy. - powiedziała, na co blondyn tylko jęknął. Gdy ona się uprze, to nic nie pomoże.
Usiedli przy biurku i zabrali się za wertowanie ksiąg poszukując informacji o eliksirze szczęścia. Po czterech godzinach pracy mieli gotową przepisaną na czysto pracę.
Siedzieli na łóżku i odpoczywali, gdy do pokoju wleciał Teodor.
- Hej organizujemy imprezę w Pokoju Wspólnym. Start o dwudziestej. Wpadniecie?
- Nie mamy na razie planów, więc może być, prawda Hermiono ?
- Tak dokładnie. Możecie się nas spodziewać. - powiedziała dziewczyna. Tego jej potrzeba. Ostatnio żyła w takim stresie, że przyda jej się trochę rozrywki.
- Ok, to super. Cześć.- powiedział i już go nie było.
z powrotem położyli się na łóżku. Nagle Hermiona zerwała się z miejsca.
- Która godzina?
- Dochodzi piąta. - odpowiedział jej blondyn, zerkając na zegarek.
- Merlinie nie zdążę się przygotować! Muszę już iść.
- Nie zdążysz? Bez przesady. Masz jeszcze trzy godziny. - Draco wykazał totalną ignorancję, co do szykowania się kobiety. - Zostań jeszcze.
-Nic z tego Draco. - pochyliła się nad nim i pocałowała.- Do zobaczenia wieczorem.- powiedziała i ruszyła w kierunku dormitorium, które dzieliła z dziewczynami.
*********
Hej. Rozdział na reszcie skończony. Jest on trochę przesłodzony, ale było to zamierzone. 
Mam nadzieję, że następny będzie dużo szybciej ( ferie :D).
Liczę na komentarze. 
Pozdrawiam Ever :*
PS. Jak Wam się podoba szablon? Mi strasznie i już raczej nie będę go zmieniać. 

6 stycznia 2015

Pustka

Muzyka
Snuła się ciemnym korytarzem. Ostatnio przez cały czas chodziła bez celu po tym budynku. Wszędzie było cicho. Nawet skrzatów nie było słychać. To było najgorsze - ta straszna przejmująca cisza.
A przecież jeszcze kilka tygodni temu ten dom tętnił życiem. Przyjaciele składali liczne wizyty. Jednak gdy jego zabrakło wszystko ucichło. Hermiona nie miała siły udawać, że wszystko jest tak jak dawniej. Nie było. I już nigdy nie będzie. To po prostu nie jest możliwe. Nic nie przywróci mu życia.
Szła i zastanawiała się kiedy przestała nazywać to miejsce domem. Teraz był jak skorupa, pusta i nie zamieszkała w środku, jakby spustoszona przez jakąś mroczną siłę. Pamiętała jak go urządzali. Wszystko wspólnie planowali. Razem wybierali wszystkie meble i każdy nawet najmniejszy dodatek, który uzupełniał wnętrze. Chcieli, aby było tu jasno i przestronnie. Aby ich dzieci, które planowali w przyszłości, czuły się tu szczęśliwe i bezpieczne.
Dzieci... Dwa tygodnie po jego pogrzebie dowiedziała się, że jest w ciąży. Siódmy tydzień. Gdyby tu był na pewno by się cieszył. Gdy lekarz powiedział jej o tym o mało co nie wybuchła histerycznym płaczem. Dlaczego teraz? Czemu nie dane było mu tego chociażby usłyszeć? Dodatkowo dowiedziała się, że ciąża jest zagrożona i musi na siebie uważać. Była szczęśliwa, czuła jakby to od niego dostała prezent z nieba. Ma w sobie małego aniołka. Jego cząstkę .Chce zapewnić mu szczęśliwe życie, chociaż jej już nigdy nie będzie takie w pełni...
"Dlaczego zostawiłeś mnie tu samą Draco?" - pomyślała i natychmiast pożałowała, że choćby w myślach wypowiedziała to imię. Nigdy nie wypowiadała jego imienia, ani nawet nie wspominała w myślach, ponieważ sprawiało jej to ból psychiczny i fizyczny. Ale już za późno. Nie wymaże własnych myśli. Przekroczyła wytyczoną sobie własną granicę bezpieczeństwa.  Miała wrażenie, że się dusi, zaczęła spazmatycznie łapać powietrze. Wrażenie, że poszczególne części jej ciała odlatują w przestworza tylko wzmogły jej strach. Nawiedzały ją kolejne obrazy przedstawiające go. Szkoła... Pierwsze spotkanie w pociągu... Atak hipogryfa... Wojna na korytarzu... Patrol... Pierwszy pocałunek w bibliotece... Zakończenie szkoły... Chwila, gdy prosi ją o rękę... Wspólne urządzanie domu... Ślub... Jego ciało leży bezwładne w trumnie, jeszcze bladsze niż zazwyczaj...
Nagle jej brzuch przeszyła wstęga okropnego bólu. Upadła na podłogę i zwinęła się w kłębek. Ból był nie do wytrzymania. Ostatkiem sił wysłała patronusa do magomedyka. Poczuła na swoich nogach lepką ciecz. Spojrzała w dół. Krew. "Nie.. Nie... Błagam nie... Proszę tylko nie to..." błagała w myślach a po jej policzkach poleciały słone łzy. "Gdyby tu był starł by je" pomyślała.
W takim właśnie stanie znalazł ją lekarz po krótkim badaniu tylko potwierdził to, co ona sama już wiedziała.
Najważniejsza dla niej osoba na świecie zniknęła. Jej aniołka już nie ma. Odleciał.... Jest tam na górze...
Mężczyzna pomógł położyć jej się do łóżka i udał się do kliniki.
Hermiona leżała nieruchomo. Obydwie najważniejsze osoby w jej życiu opuściły ją.  Były teraz razem tam na górze...
Wstała z łóżka i poszukała wzrokiem różdżki. Leżała na szafce obok. Wzięła ją do ręki i wycelowała w siebie,  myśląc o bólu który będzie ceną za słowa, które zaraz powie. Jednak ona już go nie poczuje... Będzie już z nimi.
-Kocham cię Draco. Avada Kedavra.
*******
Hej. To moja pierwsza miniaturka. 
Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu ;3 
Czekam na wasze opinie w komentarzach.
 To naprawdę pomaga i motywuje do dalszej pracy ;)
Całuję 
Ever :*


24 grudnia 2014

Święta, święta !!

Moje kochane czytelniczki!
Życzę Wam wesołych, spokojnych i radosnych świąt w gronie najbliższych. 
Niech zbliżający się Nowy Rok będzie najlepszym rokiem z całego Waszego życia. 
Ja mam dla Was w prezencie fragment miniaturki. 
Przepraszam, że tylko tyle. 
Ściskam
Ever :*
*******
Nikt mnie nie uratuje. Już dawno straciłam nadzieję. Nikt nie wiedział, że tu jestem. Harry i Ron wyruszyli na poszukiwanie horkruksów, a ja miałam udać z moimi rodzicami do Australii i z daleka nad nimi czuwać. Czemu z daleka? Wyczyściłam im pamięć, aby byli bezpieczniejsi. Teraz sądzą, że nazywają się Monika i Wendell Wilkinsowie i nic nigdy nie słyszeli o żadnej córce. Jednak ja nie chciałam udać się do Australii, chciałam pomóc przyjaciołom. W  tajemnicy przed wszystkimi wyruszyłam na poszukiwanie chłopaków. Szczęście mi nie dopisało. Szmalcownicy bardzo szybko mnie znaleźli. Gniłam tu od dwóch lat, a wszyscy przyjaciele byli pewni, że siedzę w Australii. Z rozmyślań wyrwał mnie skrzyp otwieranych drzwi. Podniosłam głowę i krew się we mnie zagotowała. Przyszedł po mnie człowiek, który  miał mnie zaprowadzić na górę. Widok tej osoby strasznie mnie rozzłościł. Krew się we mnie zagotowała i zaczęła bulgotać.  Wiedziałam, że Malfoy został Śmierciożercą, ale nigdy nie spodziewałam się konfrontacji z nim. Wściekłość odebrała mi rozsądek i zaczęłam się na niego drzeć.
-Ty... Widziałam, że po tobie można spodziewać się tylko czegoś takiego! Jesteś tylko świnią i parszywym tchórzem, który...- nie mogłam dokończyć, ponieważ chłopak zatkał jej usta dłonią.
-Uważaj do kogo mówisz Granger.- syknął. Łał, powiedział do mnie "Granger", a nie "szlamo", jak ostatnio wszyscy się do mnie zwracali.- Chodź.
Wiedziałam, gdzie mnie prowadzi. Wędrowałam na górę. Pewnie znów zostanę zgwałcona. Na ten czas byłam po prostu rośliną. Nie odbierałam żadnych bodźców. Zamykałam oczy. Na początku płakałam i krzyczałam, ale z czasem przestałam. Tylko otępienie mogło pomóc mi przetrwać...

8 grudnia 2014

Rozdział XIII

Następnego dnia rano Hermionę obudził dziewczęcy pisk, ów pisk wydała z siebie Camile na jej widok. Po chwili panna Riddle poczuła, że ściśle oplatają ją trzy pary rąk.
-Dziewczyny dajcie już spokój, bo mnie udusicie.
- Po prostu cieszymy się, że znów cię widzimy. Brakowało tu ciebie.- odezwała się Pansy. – Hmm. Trochę zaspałyśmy. Musimy się pospieszyć, jeśli chcemy zdążyć na śniadanie.
Po szybkiej porannej toalecie czwórka dziewczyn ruszya w stronę Wielkiej Sali. Usiady obok chłopaków przy swoim stole machając przy tym ręką Harry’emu i Ginny na przywitanie. Hermiona na śniadanie postanowiła zjeść tosty ze swoim ulubionym dżemem morelowym. Na twarzy miała delikatny uśmiech. Ktoś mógłby powiedzieć, że dziewczyna czuje się świetnie i nie posiada żadnych zmartwień, jednak to było tylko złudzenie, zwykłe udawanie, na które dużo osób nabierało się z łatwością. W środku cała trzęsła się z nerwów i troski o swojego chłopaka. Nie pokazywała tych emocji na zewnątrz wierna swoim postanowieniom, że nie będzie martwić bliskich. Już i tak nieźle nastraszyła swoją mamę tym wspomnieniem o samobójstwie.
Gdy wylądowała przed nią szara sowa nie potrafiła już tak dokładnie maskować swoich odczuć. Bardzo dobrze wiedziała od kogo jest ten list, który przyniosło zwierzę. Ba, ona nawet wiedziała, kto jest właścicielem stojącego przed nią ptaka. Należała do jej przyszywanych rodziców. Pisali do niej, aby powiadomić ją, czy mogą być dawcami. Drżącymi z nadmiaru emocji rękoma odczepia list wczytując się w niego.
Kochana Hermionko!
Dosłownie przed chwilą sowa przyniosła wyniki badań. Mam dla Ciebie dobrą wiadomość: mogę być dawcą! Proszę przekaż to Narcyzie i Lucjuszowi i zapytaj kiedy będzie przeszczep. Mi pasuje każdy możliwy termin, ponieważ Narcyza wspominała, że mają tylko kilka dni na znalezienie dawcy i przeszczep. Czekam na odpowiedź
Jane
P.S. Andrew przesyła pozdrowienia.
Przez chwilę kompletnie nie docierało do niej to, co przeczytała, choć podświadomie wiedziała, że list zawiera bardzo dobrą i ważną dla niej wiadomość. Trwała w totalnym otępieniu. Dopiero Erik wyrwał ja z tego stanu, w którym czuła się jak w wielkiej bańce wody, ponieważ do tej pory nic i nikogo nie słyszała.
- Hej, Herm, wszystko w porządku?
Dziewczyna bezwiednie podała mu kartkę papieru. Po kilku sekundach skończył czytać i ponownie spojrzał na siostrę.
- To chyba dobrze, nie? Na Merlina Miona odezwij się do mnie!
- Wszystko okey Erik. Po prostu nie wierzę w to, że w końcu się udało. Trzeba powiedzieć Laurze.- spojrzała na blondynkę, która siedziała, nie odzywając się do nikogo ze wzrokiem wbitym w swoją miskę z płatkami. Kiedyś była to pełna życia i radości dziewczyna, a teraz była to zupełnie inna osoba. Na jej twarzy nie gościł już uśmiech, tylko smutny grymas. Jej śliczne długie blond włosy straciły blask. Bardzo się obwiniała o stan swojego brata, ponieważ sadziła, że to przez nią Draco leży chory w szpitalu, bo chciał ją uratować. – No i muszę jeszcze iść do Malfoy’ów. Pójdziesz ze mną?
- Jasne, nie ma sprawy. Teraz może być tylko lepiej. - powiedział i przytulił ją do siebie. Ta po chwili odsunęła się od niego i usiadła obok Laury. Erik obserwował tę scenę z boku i widział jak blondynka ucieszyła się słysząc w końcu jakieś dobre wieści. 
Ostatnio bardzo martwił się o Hermionę. Widział, ( zresztą trudno było tego nie zauważyć jeśli dobrze się ją  znało ) jak bardzo zależy jej na blondynie i wiedział, że może nie znieść kolejnego ciosu, gdyby coś poszło nie tak. To byłoby wredne ze strony losu - dać prawdziwą nadzieję, szanse na poprawę, a potem okrutnie zażartować zabierając wszystko. On sam nie wiedział jak zachowywałby się gdyby to Camile coś się stało. Nie zniósłby tego. Tej rzeczy był akurat pewny, dlatego podziwiał swoją siostrę, za jej wytrawałość i nadzieję na lepsze jutro...
Z rozmyślań wyrwał go głos Hermiony.
-Gotowe. Możemy już iść?
- Tak, oczywiście, chodź. - poprowadził ją w kierunku gabinetu Serveusa Snape'a. Ten już bez zbędnych pytań przepuścił ich prosto do kominka. Gdy pojawili się w ogromnym i jasnym salonie państwa Malfoy'ów przywitała ich cisza. Po chwili przed nimi zmaterializował się skrzat pytając o cel ich wizyty. Gdy ogólnie wyłuszczyli mu sprawę zniknął, a po chwili do pomieszczenia weszła Narcyza. Hermiona po prostu podała jej kartkę papieru, na którym był napisany list od Jane, kartkę, której treść sprawiła, że ledwo tląca się w sercu nadzieja rozbłysła na nowo wielkim, żywym płomieniem. Blondynka spojrzała na nią nic nie rozumiejącym wzrokiem, więc zachęciła ją do przeczytania tekstu. 
- To świetnie! W końcu jakaś dobra wiadomość!- wykrzyknęła po przeczytaniu i zaczęła szlochać ze szczęścia.
W tej chwili do salonu wszedł Lucjusz. Rozejrzał się nic nie rozumiejącym wzrokiem po pomieszczeniu, a następnie przytulił do siebie żonę. 
- Co się stało? - zapytał patrząc na rodzeństwo, ponieważ Narcyza nie potrafiła wydobyć z siebie głosu.
- Znaleźliśmy dawcę szpiku dla Dracona.
Na twarz mężczyzny można było po kolei odczytać zdumienie, niedowierzanie, szok, a na końcu ulgę i radość. 
-Kto nim jest?
- Jane, moja przyszywana matka.
- Możemy udać się do niej od razu?
- Tak, w sumie to ona czeka na informacje, co ma robić.
- Świetnie, Hermiono teleportuj nas wszystkich, ponieważ my nie wiemy, gdzie ona mieszka.
- Nie ma sprawy. Wyjdźmy na zewnątrz.
Po kilku minutach cała czwórka stała przed błękitnym domkiem jednorodzinnym. Miejscem, gdzie Hermiona spędziła swoje dzieciństwo. Z tamtym okresem miała wiele szczęśliwych wspomnień. Z uśmiechem na twarzy przypomniała sobie zabawy w dom z dziewczynką z sąsiedztwa. Miło też wracała do czasów, gdy była w domu w czasie ferii, czy wakacji. Wtedy w każdą niedzielę wieczorem cala trójka sadowiła się na beżowej kanapie w salonie i wspólnie oglądali jakiś film, lub rozmawiali. To był taki dzień, którego nie mogło zabraknąć. Oderwała się od miłych wspomnień i wróciła do rzeczywistości.
Zapukali, a po chwili drzwi otworzył im mężczyzna po czterdziestce z brązowymi włosami z pojedyńczymi siwymi kosmykami  w koszuli w kratkę i dżinsach- Andrew.
- Dzień Dobry państwu.- zwrócił się w stronę Malfoy'ów i Erika.- Witaj Hermionko, pewnie dostałaś już list i dlatego tu jesteś ? - zgadywał mężczyzna.
- Dokładnie. Poznaj  mojego brata Erika.
- Miło mi Cię poznać.
- Mnie również proszę pana.- uścisnął dłoń podaną przez mężczyznę.
- No wchodźcie do środka, a nie tak na zimnie stoicie. - gestem ręki wskazał gościom drogę.
W salonie już czekała Jane. Okazało się, że jest już gotowa do wyjazdu i  zabieg może się odbyć nawet teraz. Wobec tego zabrali kobietę i znaleźli się w Mungu. Skierowali się od razu do gabinetu lekarza prowadzącego.  Po ustaleniu wszystkich szczegółów i podpisaniu dokumentów lekarz zabrał kobietę, aby przygotować ją do zabiegu. Przed wyjściem kobieta mocno przytuliła brunetkę.
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze. - szepnęła jej do ucha.
Hermiona z Erikiem, Lucjuszem i Narcyzą udała się pod salę operacyjną. Po kilku minutach zobaczyli lekarza, który studiował mugolską medycynę - to on miał przeprowadzić operację. Zbył wszystkie ich pytania mówiąc:
- Przepraszam, ale nie mam czasu. Operacja za chwilę się zacznie. Wszyscy już tam na mnie czekają. Odpowiem na wszystkie pańskie pytania po zabiegu.
W ten oto sposób dowiedzieli się przynajmniej, że wraz z wejściem Uzdrowiciela do sali zacznie się operacja.
Hermiona nie chciała słyszeć o żadnym powrocie do szkoły. Musiała, po prostu musiała tu teraz być. Gdziekolwiek indziej czuła by się nie na miejscu. Erik nie chciał jej zostawić i w efekcie też siedział i czekał na koniec operacji uprzednio wysyłając do szkoły patronusa z wiadomością, że są cali i bezpieczni. Dziewczyna przytuliła się do brata. Chłopak był dla niej ostatnio wielkim wsparciem. Była mu za  to bardzo wdzięczna. Skupiła swój wzrok  na tatuażu znajdującym się na jego przedramieniu. Przez kilka godzin śledziła labirynt kresek i okręgów zatapiając się w rozmyślaniach. Strasznie się bała. Nie przypominała sobie, żadnego momentu w swoim życiu, gdy tak strasznie bała się o inną osobą, a jakby jej ktoś jeszcze parę miesięcy temu powiedział, że będzie martwić o Malfoy'a to osobiście odstawiła by go do Munga na odział z osobami chorymi psychicznie. Na twarzy miała wypisane wszystkie towarzyszące jej emocje. Od niepokoju i zdenerwowania zaczynając, a na wielkiej tęsknocie za blondynem kończąc. Kompletnie zapomniała o swoich lękach, co do szczerości uczuć blondyna, które często ją w ostatnim czasie nawiedzały. Zepchnęła jej na dalszy, odległy plan.
Co będzie, jeśli coś pójdzie nie tak, jeśli Draco umrze? Przecież on nie może umrzeć. Nie może, nie ma prawa zostawić jej samej. Nie da sobie rady bez niego. Totalnie się załamie, wie że tak będzie. Musi coś zrobić. Musi zrobić coś, co da jej gwarancję, że wszystko się uda. Tylko, co ona może zrobić? Co daje jej taką gwarancję?
Jej rozmyślania przerwała postać uzdrowiciela wychodzącego z sali operacyjnej. Próbowała wstać, ale nogi miała jak z waty i przewróciła by się, gdyby Erik nie złapał jej w ostatniej chwili. Z jego pomocą podeszła do mężczyzny.
Lekarz uśmiechnął się lekko widząc cztery wpatrzone w niego i łaknące informacji pary oczu.
- Proszę się już nie zamartwiać. Wszystko jest  w jak najlepszym porządku. Operacja udała się. Pani Granger zostanie u nas jeden dzień na obserwacji. Pan Malfoy wprawdzie kilka dni dłużej, ale zapewniam, że są to tylko i wyłącznie reguły a nie konieczność. Chłopak ma zdrowy organizm i szybko dochodzi do siebie.
Na twarzch Hermiony, Erika i Malfoy'ów pojawiła się ulga pomieszana ze szczęściem. W końcu los rozdał dobrą kartę dla nich. Wszystko poszło po ich myśli. Udało się. Nareszcie...
Hermionie i Narcyzie po policzkach powoli toczyły się łzy radości.
- Panie doktorze, czy możemy go jeszcze zobaczyć przed wyjściem? - zapytała najmłodsza z towarzystwa.
- Pan Malfoy dziś się nie obudzi, ale skoro państwo chcą to proszę nie widzę przeciw wskazań. Będzie to jednak tylko kilka minut, ponieważ za chwilę zamykamy odział. No, proszę się uśmiechnąć, wszystko jest już dobrze. Wskażę państwu pokój.
Cała czwórka ruszyła za mężczyzną. Po chwili byli już na miejscu. Musiało wystarczyć im spojrzenie na Dracona przez szybę. Hermionę ten widok dziwnie uspokoił. Miała praktycznie namacalny dowód, że jest dobrze. Jak urzeczona patrzyła na śpiącego blondyna. Cieszyła się samym jego widokiem. Mogłaby stać pod tą szybą do końca świata. W końcu Erik oderwał ją od tego zajęcia cichym szeptem.
- Hermiono, czas na nas. Musimy już iść, za pięć minut zamykają szpital.
- Daj mi jeszcze chwilkę.- poprosiła.
Po kilkudziesięciu sekundach odeszła od szyby i ruszyła w stronę wejścia z bratem i Malfoy'ami. Teleportowali się do ich rezydencji, a stamtąd przez kominek dotarli do szkoły.
W gabinecie Snape'a nie było nikogo, więc po cichu ruszyli lochami w stronę Pokoju Wspólnego Ślizgonów.
Otworzyli drzwi prowadzące do dormitorium dziewczyn i zobaczyli kilkanaście par oczu wpatrzonych w nich z niemym pytaniem.
- Udało się. Wszystko poszło dobrze, wygląda na to, że Smok niedługo tu wróci. - powiedział Erik, ponieważ Hermiona nie mogła mówić z powodu łez płynących po jej policzkach.
Z twarzy obecnych powoli znikało napięcie, a na jego miejscu pojawiała się radość.
Hermiona poczuła, że ktoś ją obejmuje i pociera ramię. Spojrzała w górę i natrafiła na oczy takiego samego koloru jak jej - oczy Erika. Uśmiechnęła się lekko i zdała sobie sprawę, że wciąż stoją w drzwiach. Zrobiła, więc kilka korków w kierunku swojego łóżka, aby na nim usiąść ciągnąć za sobą chłopaka.
- Idź do niej.- odezwała się niespodziewanie po pewnym czasie, widząc, że Erik nie ma zamiaru na razie zostawiać jej samej. "Zupełnie, jakby się bał, że coś sobie zrobię, może to mama go o to poprosiła." przemknęło jej przez głowę.- No idź, naprawdę nic mi nie jest.- dodała widząc jego minę. Wiedziała, że chętnie spędziłby czas ze swoją dziewczyną Camile, ale też bardzo się martwił o nią i był rozdarty. Pchnęła go lekko w jej kierunku. Po kilku minutach zobaczyła, jak oboje wymykają się z pokoju. Pasowali do siebie i chciała, żeby im się udało. Byli razem tacy szczęśliwi...
*******
Od przeszczepu minęły cztery dni. Cztery dni, które bardzo dłużyły się Hermionie. Przez ten czas ani razu nie była w szpitalu, każdego dnia po lekcjach zaszywała się w prywatnym dormitorium prefekta naczelnego, które obecnie należało także do niej. Tam odrabiała lekcje i nadrabiała wszystkie zaległości, jakie pojawiły się przez jej częste wizyty w szpitalu i u Malfoy'ów. Naukę nadal bardzo lubiła i starała się mieć jak najlepsze oceny.
Przyjaciele uważnie ją obserwowali, szukając znaków ponownego załamania, czego miała już serdecznie dosyć. Na szczęście nie zauważając niczego niepokojącego odpuścili. Hermiona od czasu przeszczepu faktycznie przestała się smucić, a gdy tylko w jej głowie zaczynały się kłębić jakieś czarne myśli, to wypierała  je z głowy  starym i sprawdzonym sposobem, o którym ostatnio zapomniała- nauką.
Dziś po lekcjach skierowała swoje kroki tam, gdzie zwykle od kilku dni, czyli do dormitorium. Otworzyła drzwi, założyła na uszy swoje magiczne słuchawki, do których wystarczyło tylko wyszeptać tytuł jakiejkolwiek piosenki, a ta już płynęła prosto do uszu dziewczyny. Usiadła przy szerokim mahoniowym biurku i zabrała się za esej z eliksirów. Była przy końcówce pisania tematu pracy, gdy usłyszała czyjś głos, który przebił się przez cichą, spokojną muzykę.
- Hermiona? Co ty tu robisz?
Podniosła gwałtownie głowę, wylewając atrament na swoją pracę domową, pewna, że ma omamy słuchowe. Przecież to niemożliwe. Go tu nie może być, jest w szpitalu, gdzie odpoczywa po przeszczepie. Powoli podniosła wzrok, bojąc się, że rozczarowanie, gdy nikogo nie ujrzy okaże się zbyt bolesne. W końcu spojrzała w kierunku źródła głosu i zdębiała. Widać nie tylko słuch spłatał jej figla. Widzi go opartego o futrynę, uśmiecha się do niej łobuzersko i czeka na odpowiedź. A może to nie omamy? Jest tu naprawdę? Nie, to przecież nie możliwe, to tylko tęsknota za nim sprawiła, że widzi go teraz tak wyraźnie. A może jednak...
*******
Hej, to w końcu ja- Ever ;) Nareszcie skończony rozdział :D Przepraszam, strasznie mi głupio ;c . Mam nadzieję, że wybaczycie mi tą dłuuugą nieobecność.. 
Ściskam i zapraszam do czytania. :*
E.

13 listopada 2014

Małe sprostowanie sprawy.

Siemanko! Tu nie Ever tylko Weronika. Jestem tu, aby oświadczyć wam, że autorka bloga ma problemy z bloggerem <próbujemy rozwiązać ten problem>  i nie może dodać rozdziału. Dokłada wszelkich starań, aby pojawił się on jak najszybciej. Mamy nadzieję, że niedługo rozdział się pojawi i nie będzie więcej problemów . Tak więc czekajcie, zaglądajcie, sprawdzajcie :) 
Z poważaniem, Weronika ;)
[trochę się cykam, chyba wszystko dobrze napisałam ;c]